Smak studiów: Zaprawa śmietanowo-ziołowa

•08/01/2012 • 2 komentarzy

W przyszłym tygodniu zaczynają się kolokwia i inne takie zabawne rzeczy, od 23 natomiast sesja. To dobry czas, żeby, zamiast uczyć się z matematyki, angielskiego czy podstaw ekonomii, napisać ostatni post w tym sezonie (dwa miesiące po ostatniej większej notce, hmm…). W sumie to jest jeszcze parę niedokończonych wpisów, ale wybitnie słabej jakości, więc poprzestańmy na poniższej recenzji drugiej linii dań instant Knorra – makaronów z sosem (i jeszcze bardziej poniższym zestawieniem fraaaaz!).

Tak jak w przypadku puree, Knorr serwuje nam pięć smaków. Ogólna jakość żarcia jest lepsza, niż to było w przypadku puree i tylko jeden smak jest nieco wstrętny, ale wciąż lepszy od niektórych rodzajów knorrowych kartofli.

Makaron z sosem gulaszowym
Makaron z sosem gulaszowymFotos z półki: tu (choć pewnie zdrożało przez te miesiące, nie wiem).
Knorr ma słabość do smaków “gulaszowych”. Ale nie narzekam. W skład tego kubka wchodzą świderki i brązowy sos z kawałkami jakichś tam warzyw. Najs. Tylko że oprócz tego są jeszcze jakieś kawałki – podobno – mięsa, podobnie jak to było w przypadku meksykańskiego puree. Problem jest taki, że w tym wydaniu wydają się być dość suche w porównaniu do reszty zawartości kubka. Ale jak już pisałem – nie narzekam.

Makaron z sosem myśliwskim
Makaron z sosem myśliwskimNa półce.
Za pierwszym razem nawet Mi smakowało, nie powiem. Potem juz było tylko gorzej. Nie jestem fanem prawdziwych grzybów, prosto z lasu, a ich zapach czasem przyprawia Mnie o mdłości – to co dopiero mówić o najebanym chemią daniu Knorra? Ostatnio nieszczęśliwym trafem bylem skazany na ten kubek. Odpuściłem po zjedzeniu ćwierci. Nie polecam, chyba że komuś grzybowy swąd na przykład poprawia libido. Wtedy chyba warto zaryzykować. Choć Ja szukałbym substytutu raczej…

Makaron z sosem bolońskim
Makaron z sosem bolońskimZdjęcie “półkowe” tu.
Pierwszy makaron z tej serii, jaki miałem okazję zjeść, mniej więcej w tym czasie, gdy odkryłem puree z boczkiem z cebulką. Jeden z lepszych… choć w sumie to każdy poza myśliwskim jest “tym lepszym”. W przypadku tego kubka do czynienia mamy z makaronem wyglądającym na pocięte spaghetti, w przeciwieństwie do świderkowatego makaronu z pozostałych produktów. Sos w sumie całkiem niezły, sporo zieleniny. I zdaje się, że ten kubek można dostać akurat w większości sklepów, więc możemy go uznać za podstawę w serii makaronów instant.

Makaron z sosem serowo-śmietanowym
Makaron z sosem serowo-śmietanowymPółka.
No, tu od razu muszę przyznać, że praktycznie od pierwszego razu ten makaron został Moim ulubionym. Druga sprawa jest taka, że oprócz niby-sera i niby-śmietany (na co wskazuje nazwa produktu… choć nie, brakuje tam “niby-”), sos zawiera bonus w postaci kawałków boczku (i zieleniny)! Bywa jednak, że zdarzają się fragmenty dość twarde i trochę chuj. Bywa też, że nawet po zalaniu większą ilością wody niż przewidziana i dokładnym wymieszaniu, tak że aż strasznie rzadko to wygląda, po wprowadzeniu pewnej porcji do jamy wpierdalaniowej i rozpoczęciu gryzienia okaże się, że część makaronu nie opiła się wody zbytnio i twarda jest i mocno chuj. Mimo to – wciąż strasznie lubię.

Makaron z sosem śmietanowo-ziołowym
Makaron z sosem śmietanowo-ziołowymFotos z półką.
Its de speszyl łaaan. Początkowo miałem trudności ze zdobyciem, przez parę tygodni zdawało się, że to właśnie ten kubek jest Świętym Graalem… Ale w końcu się udało. Pierwsze wrażenie… E, no co tu dużo mówić, nie spodziewałem się brązowawej brei, której 96% powierzchni zajmują kawałki zieleniny. Zapach też dość specyficzny. Nic to jednak – bo smak jest zajebisty. Co prawda, najbardziej słony ze wszystkich, ale to nie przeszkadza. A co przeszkadza? Problem z makaronem, taki jak wyżej. Ale co tam! To wciąż jest zajebiste. Chyba nawet bardziej od serowo-śmietanowego. Cholernie polecam, Kamil Mirosław.

Co z tym fantem jeszcze począć?
Miałem latem jakieś chujowe chlebki/placki/whatever pitta z biedrony i dumałem nad tym, jak to cudo wykorzystać. Pomysłów było parę, ale knorrowych makaronów dotyczył tylko jeden.
Pitta + makaron z sosem serowo-śmietanowymDość chujowe. Pozostałe pomysły, które może kiedyś pokażę – też chujowe. Same chlebki/placki/whatever – absolutnie chujowe. Nieważne, czy robisz je w piekarniku tylko chwilę czy całe wieki – i tak wyjdą chujowe. Spróbujesz zrobić w tosterze – i tak chujowe.
Niechujowym pomysłem jest zagryzanie któregoś z makaronów dobrze wypieczonym tostem.

ACHTUNG!
Z tymi makaronami jest jeden problem – w przeciwieństwie do puree, które może sobie chwilkę odstać i nawet będzie lepsze, makarony gorzej znoszą upływający od zalania czas. Jeśli nie masz zamiaru opierdolić zawartości kubka w ciągu najbliższych około dziesięciu minut, nie zalewaj. W przypadku, gdy przypomnisz sobie o tym, że zrobiłeś sobie makaron instant jakieś dwadzieścia minut temu, po ponownym otwarciu wieczka możesz się spodziewać widoku gigantycznie rozrośniętych kawałków makaronu, lekko sklejonych pozostałą resztą sosu. W przypadku makaron uz sosem bolońskim to aż takie straszne nie jest, ale w każdym innym przypadku – już niestety tak (BTW, nawet w takim przypadku w kubkach, co mają “śmietanę” w nazwie, możesz znaleźć twarde, nienapęczniałe kawałki makaronu). Jeśli poczekasz jakieś dziesięć minut dłużej, możesz już szykować kielnię, bo zawartość kubka nadaje się na hipsterską zaprawę murarską.
Każdych dziesięć kolejnych sekund zwłoki sprawia, że gdzieś na świecie sesji nie zda stu studentów (w kolejności: studenci kierunków humanistycznych, studenci uczelni artystycznych, studenci polibudy, studenci uczelni medycznych*; między tym studenci jakichś poślednich kierunków). Godzinne opóźnienie wywołuje losowe trafienia strzałą w kolano u skyrimowców. Pozostawienie zalanego kubka na tydzień zabija stu Chińczyków, natomiast gdy makaron zostawisz samemu sobie na tydzień… Prawdopodobnie lepiej byłoby, gdybyś spróbował, przykładowo, podzielić przez zero.

A teraz już FRAZY. Megascreen poniżej (KLIKNIJ, ŻEBY POWIĘKSZYĆ. Na podstawie statystyk blogów z wierszami, gdzie część treści znajduje się na skanach, które w samej notce występują tylko jako miniaturki, mam prawo wnosić, że większość z czytających to idioci, którzy sądzą, że obrazek mający jakieś dwieście czy trzysta pikseli szerokości jest w rozmiarze rzeczywistym) został wykonany wczoraj, a że od tego czasu doszło jeszcze parę nowych, to dorzucam jeszcze dwa wycinki (TEŻ DO KLIKNIĘCIA).
Frazy 7 styczniaFrazy 8 stycznia

Frazy - podsumowanie

Frazy w tym sezonie stały się prawdziwie głównym źródłem wejść na bloga. Mogłem nie pisać przez tygodnie, a statystyki rosły. Nie w tempie zatrważającym, ale wystarczającym. Najs.
I na tym kończę sezon drugi, w którym nie powstało chyba z 2/3 przewidzianych notek. I co? I chuj. Będzie o czym pisać w trzecim sezonie, który, jeśli powstanie, powinien się pojawić gdzieś z początku lipca. Chyba że po maturze oleję studia, to nawet i prędzej.

* Studenci medycyny i tak mają już przejebane, więc Wszechświat przynajmniej na tyle ich oszczędza, że zostawia ich na sam koniec.
Jeśli więc nie zdasz egzaminu – zarzuć bluzgami nie tylko profesora, ale też każdego sklerotyka, który potencjalnie mógł cię tak udupić.
Za X lat zamierzam kupować całe zapasy dań instant, żeby zabawić się waszym losem.

PS Oczywiście wciąż można liczyć na Moje teksty na NF i na Sorcie, a także na tony fot, obrazków, GIF-ów, dubstepów, kucyków, Mansonów, obrazów etc. na Tumblrze.
PPS Od czwartku (dwunastego stycznia) od godziny 15 przez tydzień można głosować na blogi w konkursie Blog Roku. Oczywiście w kategorii literackiej interesuje was tylko Sort Abla i kod: G00234 – który wysyłacie na 7122 (1,23 zł; dochód idzie na turnusy rehabilitacyjny dla niepełnosprawnych)!

Smak Wigilii

•24/12/2011 • Dodaj komentarz

Dawno nie było żadnego wpisu, ale to kwestia tego, że całą kreatywność przerzuciłem na poezję, a po nocach wolę pisać teksty automatyczne. Także tutaj pojawi się jeszcze w tym sezonie jeden tylko post, mimo wielkich planów, które miałem, a o których wiedziałem, że nie wypełnię. Chuj z tym, poezja daje mi więcej frajdy, ten blog jest tylko od przeglądania puchnących (bardzo powoli, ale jednak) statystyk wejść oraz fraz wyszukiwarek. Ale o tych ostatnich będzie następnym razem.
Tej notki co prawda nie miałem w planach, ale przed chwilą zauważyłem na Tumblrze (bo się od tego uzależniłem, cholera) content, który idealnie się tu nadaje.

Mamy Wigilię. Za ileś tam godzin zaczniecie wpierdalanie ton żarcia, które w waszych domach jest przygotowywane pewnie od paru dni. Będziecie mieć na stole dwanaście potraw (do potęgi drugiej…), a pod choinką jednym z prezentów będzie nowa waga, bo po Nowym Roku starą rozjebiecie, próbując się zważyć. Natomiast do prawdziwej wieczerzy wigilijnej nie trzeba się długo przygotowywać, gdyż wystarczy, by składała się z opłatka i jednego dania. Tostów z serem.

Pisałem kiedyś o robieniu ich w tosterze. Że nie, że od tego jest tostownica. Z tostera można przypieczony tost wziąć, rzucić na niego plasterek sera, bla, bla, bla. Ale w tosterze naprawdę można zrobić tosty z serem, jak udowadnia obrazek znaleziony na Tumblrze:Tosty z serem Dlatego albo się zabezpiecz, albo zrób je lepiej w tostownicy.

No to wpierdalajcie. Wesołych świąt.

PS A w styczniu… wiecie, co by wypadało z tym zrobić.

Smak studiów: Meksykańska sraka

•06/11/2011 • 2 komentarzy

Wracają tematy kulinarne, tym razem w ujęciu studenckim. W tym roku po prawdzie mój tryb żywienia nie różni się zbytnio od licealnego, ale już w liceum jadłem jak studencina, więc to żadna przeszkoda.
Żeby przeżyć, trzeba żreć. Żeby żreć, trzeba zdobyć żarcie. Zbieractwo się trochę źle kojarzy, łowiectwo jest czaso- i pracochłonne. Pozostają zakupy. A gdzie kupować? W sklepach Żabka czy Lewiatan, dyskontach, supermarketach, hipermarketach… Co kupować? Żarcie instant, oczywiście!
W natłoku produktów jednak trzeba wiedzieć, co kupić. Wbrew temu, co o jedzeniu “po studencku” pisze Kasia Tusk, studentowi do Krezusa czy innego Rockefellera daleko, więc zasady są cztery: żeby było jak najtańsze, jako-tako smaczne, w miarę sycące i szybko się przyrządzało.
Jak zwykle okazuję się niezastąpiony i serwuję wam garść słów o produktach dostępnych na rynku. Dzisiaj – gorące kubki, dania instant – puree. O produktach było już w naiwnoformowym wierszu, teraz bardziej merytorycznie.

Puree ziemniaczane z ziołami prowansalskimi
Puree ziemniaczane z ziolami prowansalskimiNa półce z kolei prezentuje się to tak.
Próbowałem tego dość dawno, ale nie to jest przyczyną tego, że nie mogę zbyt dużo napisać o smaku. Powód główny jest taki, że… smaku prawie w ogóle nie ma.
Jakkolwiek zajebistymi by nie były (a w tym przypadku nie są ani trochę), zioła prowansalskie nie spowodują, że nagle pozbawione smaku samo puree stanie się jedzeniem, które zadowoli twoje kubki smakowe tak, jak twoje potrzeby seksualne zaspokaja analne dildo.
W dodatku oprócz ziół mamy tutaj ni z gruchy, ni z pietruchy kawałki pomidora, które smaku wcale nie ratują, tylko chujowo wyglądają. Marny pomysł na zainwestowanie trzech złotych.

Puree ziemniaczane z boczkiem i cebulką
Puree ziemniaczane z boczkiem i cebulkąFoty “półkowej” nie ma, bo jakoś Mi to umknęło.
Pierwszy produkt z tej linii, jaki wylądował w Mojej szafce. Pamiętam, że nie byłem początkowo przekonany co do niego, ale zrobiłem, zjadłem – i polubiłem. W przeciwieństwie do powyższego, ten produkt ma smak.
Cebulka robi swoje, soli też sypnęli od serca. Boczek do reszty pasuje i jest całkiem niezłej jakości. Czasem tylko zdarza się bardziej twardy kawałek, na którym można zjebać zęby. Można to jednak wybaczyć, gdyż danie jest w miarę sycące.
Jest tylko inny problem – po zjedzeniu paru i/lub porównaniu z innym produktami z tej serii, puree z boczkiem i cebulką przestaje smakować. Po prostu. Jako podstawa studenckiego wyżywienia się nie sprawdza.

Puree ziemniaczane z mozzarellą i pomidorami
Puree ziemniaczane z mozzarellą i pomidoramiCenowo wypada podobnie jak pozostałe produkty (tutaj).
Pod względem smaku… Jeśli puree z ziołami prowansalskimi było marne, to to jest po prostu chujowe. Gdy próbowałem, na szczęście nie byłem zbytnio głodny. Bo to byłaby jedna z tych sytuacji, które naprawdę irytują – czujesz, że musisz zapchać czymś żołądek, a od tego, co masz – aż cię odrzuca. Mój posiłek skończyłem po połowie kubka albo prędzej. Produkt został przetestowany również przez rodzicielkę. Zakończyła posiłek jeszcze szybciej niż Ja. Co jest nie tak?
O pomidorach w gorącokubkowym puree pisałem już wyżej. Ale przecież mamy tu jeszcze mozzarellę! Tylko… uświadomić sobie trzeba, czym jest mozzarella. Serem, który dobrze wypada na pizzy – a poza tym raczej tylko w nielicznych połączeniach. Ma zbyt nijaki smak. A już zwłaszcza, jeśli to jest “mozzarella” używana do produkcji gotowych produktów, które wystarczy wstawić do piekarnika czy zalać gorącą wodą…
Niby poza tym jest jeszcze trochę zieleniny, ale wyżej pisałem też już o ziołach prowansalskich w puree. W tym przypadku jest jeszcze gorzej.
Jeśli masz ochotę na ciekawie podaną wodę – gęstą, bladożółtą, z czerwonymi i zielonymi plamami, jednocześnie zachowującą swój brak smaku to… jesteś pojebany. Ale możesz kupić ten produkt. Ja tylko dodam, że przypadkiem w szafce wylądowały jeszcze dwa takie kubki. Minęło parę miesięcy, a poza jednym razem nikt po nie nie sięgnął. Ten jeden raz to było wypierdolenie ich na tył szafki, żeby się nie rzucały w oczy.

Puree ziemniaczane z serem i brokułami
Puree ziemniaczane z serem i brokułamiZdjęcie “półkowe” tutaj.
To ma “ser” w nazwie… Czyli pewnie powtórzy się sytuacja z powyższego… A właśnie, że nie! W sumie to nawet nie miałem takich uprzedzeń, gdy kupowałem ten kubek, gdyż na ten z mozzarellą kasę zmarnowałem dopiero później… Przerażały mnie natomiast brokuły. W przypadku warzyw jestem cholernie wybredny, a o brokułach zbyt zachęcających rzeczy się nie nasłuchałem. Ale raz kozie śmierć.
Pierwszym, co Mnie zaskoczyło – była gęstość produktu pozalaniu. Każde z poprzednich puree miało zadowalającą konsystencję. Taką, można by rzec, standardową (przy czym to z boczkiem było jednak nieco gęstsze). Puree z brokułami okazało się być tak gęste, że na widelec prawie nie dało się nabrać na raz mniej niż 1/8 całości. To pewnie przez ten ser...
Drugie zaskoczenie – same brokuły. Na “sucho” ich kawałki wydawały się dość spore względem standardowej wielkości dodatków w produktach z tej linii, ale po zalaniu wodą… były wręcz ogromne. Chyba kolejny powód tego, czemu to takie gęste wyszło. Teraz tylko trzeba było się przekonać, że to przecież nie jest takie złe, te całe brokuły…
I spróbowałem. I wziąłem następną potężną dawkę. I następną. I wkrótce skończyłem. I…? Byłem całkiem nieźle najedzony. Smak też był zadowalający – choć wydawałoby się, że przez ten ser będzie nijaki. Jeśli dobrze kojarzę, chyba nawet nieco przesolone to było…
W sumie to nawet nie wiem, dlaczego Moja przygoda z tym produktem skończyła się na pierwszym razie. Może to faktycznie było trochę za słone, a może to przez to, że już wcześniej odkryłem w tej serii produkt jeszcze lepszy

Meksykańskie puree ziemniaczane z chili
Meksykańskie puree ziemniaczane z chiliFota z półką.
Najbardziej intrygująca i zachęcająca do kupna nazwa w serii! Nic więc dziwnego, że był to pierwszy produkt z serii puree instant Knorra, na który zwróciłem uwagę w sklepie (to z boczkiem trafiło pod Mój dach po raz pierwszy nie za Moją przyczyną). Bogactwo dodatków też szalenie motywowało do kupna.
No to kupiłem. I kiedy przyszła wreszcie okazja zakupiony towar spożyć… wymiękłem.
Choć było to prawie równo pół roku temu, to pamiętam doskonale sytuację. Międzymaturalna noc, chciałem coś obejrzeć, byłem w cholerę głodny, zrobiłem sobie zupkę instant i to puree, dodatkowo zalałem kawę, żeby jeszcze parę godzinek posiedzieć. Zupkę wszamałem, przyszłą pora na puree… Patrzę na nie i Mnie mdli. Wyjątkowo rzadkie, trochę wali po nosie… Po chwili się zdecydowałem. Warto było.
Ze wszystkich puree Knorra, to ma najbardziej pełny smak. Wygląda jak niezła sraka pomarańczowego koloru, ale smak ma właśnie zajebisty. Chili jest naprawdę świetne. Poza tym – dodatki. Kawałeczki papryki, podobno jakieś mięso, kukurydza… Ta ostatnia trochę mnie irytowała, bo nie lubię takiego rozgotowanych, miękkich wstawek. Ale… Wszystko nadrabia fasola.
To chyba jedno z nielicznych warzyw, które Mnie nie wkurwia swoją konsystencją w konfrontacji z Moimi zębami (trudno to wyjaśnić, ale tak właśnie jest). A do puree meksykańskiego często rzucą jej całkiem sporo.
Za pierwszym razem się jednak tym daniem tak nie zachwycałem, choć mocno u Mnie zaplusowało. Po potyczkach z kolejnymi odkryłem, że “meksykańska sraka” (jak przechrzciłem to danie już za pierwszym razem) to najlepsze knorrowe puree. Od tego czasu z gorącokubkowych dań instant kupuję tylko to i makarony (o których będzie innym razem). Za tę samą cenę, co inne puree – dostajemy coś, co po zalaniu może nie wygląda zachęcająco, ale nadrabia smakiem i jest w miarę sycące, choć nie tak, jak puree z serem i brokułami.
Tylko jedna uwaga – czasem można się natknąć (Ja trafiłem tylko raz) na kubek, w którym fasoli czy papryki jest dość mało, za to kukurydzy jest cała masa. Trochę zniechęcające, przynajmniej według Mnie, no ale… raz się może zdarzyć.

Foty wstawione – zajebane ze strony Knorra, gdzie można poznać też parę zawartościowych szczegółów i przeczytać sporo pierdół o jakości produktów. Foty “półkowe” – wykonane w Auchan Mikołów. Tam spotkałem się z najniższą ceną tych dań, jako że w sklepach Tesco czy innych cena jest o jakieś kilkanaście czy nawet kilkadziesiąt groszy wyższa.

PS Dzięki tekstowi piosenki z  “Pamiętników z wakacji” codziennie wchodzi tu kilkadziesiąt osób. Wczoraj pod ostatni wpis dodałem też teksty z “Top Model”, co i dzisiaj uczynię – dopiero wczoraj stwierdziłem, że jednak zobaczę, jak się ta cipka prezentuje i stwierdziłem, że do tagów pasować będzie idealnie. W każdym razie – widzę, że o roznegliżowanych polityków też Google’a pytacie. Ciągle przewija się motyw wytrysku na własną twarz – psychologowie czy inni seksuologowie powinni się tym problemem poważnie zająć, jeśli jeszcze tego nie zrobili. Pytacie także “cudzyslow od dolu czy od gory”. Pierdolony cyfrowy świat, wprowadza was w konsternację… Poza tym zaliczyłem wejścia z takich fraz jak “masturbacja głowa” (…czy ja dobrze zrozumiałem przesłanie tych słów?), “cołki” (dwa wejścia. Ciekawe…), “akacja co rośnie w lesie” (trzy wejścia! Mam nadzieję, że po lekturze bloga już wiecie, że to nie akacje, a robinie akacjowe) czy “slaskie teksty w internecie”. No i na koniec – jakiś mądrala twierdzi, że “ptaki w locie nie sraja”. A niech cię gołąb po ryju osra!
PPS W ciągu tygodnia jestem w miarę aktywny na Tumblrze – dziesiątki obrazków z “My Little Pony: Friendship Is Magic” (o tym powinna być tutaj chyba osobna notka!), czasem dobry dubstep, niekiedy jakiś dłuższy wpis. Wszystko w języku angielskim, bo tak. Bloga “kulturalnego” raczej nie będzie, to jest przynajmniej pierdolnik.
PPPS Jeśli gówno w bidecie to dla was za mało, żeby zacząć oglądać “Pamiętniki z wakacji”, to…

 
Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.